Poczucie własnej wartości otwiera nam oczy. Dostrzegamy więcej i cieszymy się życiem. Warto o tym pamiętać. Ludzie często kierują się nienawiścią, bólem, przeszłością. Ich decyzje, zachowania, podświadomie wywodzą się z niezadowolenia z czegoś, co ich gryzie. Gwarantuję, że gdyby człowiek, który wierzy w siebie a wcześniej nie wierzył, dziś podjął inną decyzję. Szczęście otwiera więcej perspektyw.
Przez jaką część życia uciekamy? Od tego czego się boimy, od ponownego zranienia? Życie niestety nie zawsze jest kolorowe ale musi być równowaga. Ciągłe niepowodzenia powodują zrezygnowanie, wycofanie się. Za każdym razem kiedy chcesz dać coś od siebie, ryzykujesz. Idziesz w to w nadziei, że tym razem będzie inaczej. Nie popełniasz tych samych błędów, czujesz, że jest co raz lepiej. Ale żeby nie było tak pięknie, zawsze kończy się tak samo. Więc zamykasz się w sobie i tracisz wiarę, że cokolwiek się zmieni. Dlaczego o tym mówię? Ja sama uciekam. Sama nie wierzę, że spotkam swoje własne, małe szczęście. Ale wiecie co? Po tylu niepowodzeniach, które ja sama przeszłam, nie odpuściłam. Zaczęłam patrzeć na to inaczej. Nie wiem ile wytrzymam, może niedługo. Bo chcę dać z siebie jak najwięcej dobrego, dbać, wspierać. Ale ciesze się z tego co mam. Bo my zbyt wiele oczekujemy od życia. Wiemy, że jest dobrze ale ciągle nam mało. Zaczynamy wywierać presję i wszystko powoli się psuje. Cierpliwość wiąże się z zaufaniem. Zamiast skupiać się na tym co moglibyśmy mieć, a czego nie mamy, skupmy się na tym jak jest teraz, a co będzie pokaże czas. Czy jest mi smutno? Oczywiście, że chciałabym dostać więcej od życia. Ale mam ile mam i z tym się muszę pogodzić. Może kiedyś poznam kogoś, kto będzie o mnie dbał. Póki co nie chcę nikogo. Bo za te całe chwile uniesień płacę zbyt dużą cenę. Ta cena to ja. Tracę siebie.
W pewnym momencie zaczęłam bardzo cynicznie patrzeć na świat. To takie proste i oczywiste, że ten świat nie ma miłości i każdy kopnie Cię w dupę prędzej czy później. To nigdy w moim mniemaniu nie były mrzonki tylko rzeczywistość. I każdy wie, że tak jest. Tylko jesteśmy zaprogramowani tak, że jednak mamy w sobie te uczucia i chcemy kochać tylko się boimy. Bo ludzie to świnie, a Ty sama później się nią stajesz. Ktoś zrani Ciebie, później Ty zranisz jego. Za to oczywiście będziesz obwiniał siebie. Bo każdy ma swój powód dlaczego jest oschły. Burzliwa przeszłość? Brak samoakceptacji? Zwykła niechęć? Zawód powoduje wycofanie się. Zamknięcie na miłość. Brak wiary. Nie chcesz się zakochać ale tak się staje. I jesteś na siebie zły, że to czujesz bo tracisz nad sobą kontrolę. Wiesz, że skończy się tak samo. To nie jest pesymizm tylko uraz. I jeśli chodzi o mnie, ktoś musiałby się bardzo postarać i udowodnić mi, że naprawdę mu zależy, żebym się przekonała. Jest jednak inaczej. Jakbym to ja chciała udowodnić komuś, że nie wszyscy są tacy sami. Być może za dużo od siebie daję. Nie ważne, mnie to uszczęśliwia bo chcę być dla kogoś oparciem, nie potrzebuję wzajemności, ale chcę. Dlatego właśnie ciesze się, że mam chociaż kontakt. Dodatkowo dbam o siebie i poza lekką pustką w sercu, potrafię cieszyć się drobiazgami i starać być szczęśliwa.
***
Zrobiłam coś głupiego. Zakochałam się. Nie zamieniłabym go na żadnego innego. Przestraszyłam się własnych uczuć. Nie chcę ich. Ale życie płynie dalej. Zdecydowanie za szybko.
*
Istnieje prawdopodobieństwo, że zbyt impulsywnie przeżywamy nieznane nam stany pasywne. Ale ja już doskonale znam to uczucie. Powinnam umieć się z nim obchodzić. Zwykle mija, nie tym razem.. Dlatego nie umiem tego kontrolować. A powinnam. Najlepiej się wycofać. Ale każdy krok w tył odbiera mi gram zadowolenia, gram energii. Dobrze, że tym razem chociaż nie jest to dupek. (tyle wygrać)
To nie jego wina, że czuje się przez niego nieszczęśliwa. Moja też nie. Ale nie mogę oczekiwać aprobaty, sama muszę nad tym zapanować. Staram się nie myśleć. Nie zrobił nic złego.